Podziel się, , Google Plus, Pinterest,

Drukuj

Opublikowano w:

Michał Radomił Wiśniewski: zawodowe blogerstwo zwykle prowadzi do wynaturzeń [WYWIAD]

Publicysta, krytyk popkulturalny i autor książek „God Hates Poland” i „Jetlag” – Michał Radomił Wiśniewski – opowiada o pionierach cyberprzestrzeni, sieciowych plemionach, demokratyzacji hejtu i wielu innych tematach. Zapraszamy do lektury.

Pamiętasz kiedy pierwszy raz podłączyłeś się do sieci?

O, bardzo dobrze pamiętam, bo to śmieszna historia. Był rok 1995, bardzo cyberpunkowy rok, Amerykanie nakręcili wtedy „Johny’ego Mnemonica”, Japończycy ich wyśmiali kręcąc „Ghost in the Shell”, a ja nie miałem nawet modemu. Uczyłem się sieci „na sucho” z tekstów w magazynach komputerowych i właśnie w jednym z nich, który nazywał się po prostu „Magazyn Internet” przeczytałem, że Politechnika Szczecińska oferuje dostęp. To znaczy pewnie mieli taki numer telefonu, przez który by się można wbić do Internetu, ale z kolegą – mieliśmy wtedy po szesnaście lat – po prostu wsiedliśmy w autobus i pojechaliśmy na Wydział Technologii Morskiej Politechniki Szczecińskiej, gdzie się wówczas mieścił Instytut Informatyki, i tam trafiliśmy do pokoju, w którym siedziało trzech typków. „Dzień dobry, przeczytaliśmy w magazynie, że tu jest internet”. „Eee, aha, to proszę, usiądźcie sobie”. I posadzili nas przed komputerem INDY Silicon Graphics, co było strasznie ekscytujące, bo na SG robiono przecież Park Jurajski. Odpaliłem przeglądarkę, wpisałem uważnie adres nowej wyszukiwarki (o której wiedziałem z magazynu) http://www.altavista.com i wpisałem słowo MANGA. Znalazłem jakieś obrazki, ale nie mogłem sobie ich zapisać, bo INDY nie miał stacji dysków.

Z dzisiejszej perspektywy trudno uwierzyć, by sieć sprzed dwóch dekad była na tyle atrakcyjna, by uzależniać, a jednak, co dla ciebie było najbardziej pociągające w “tamtej” rzeczywistości wirtualnej?

Najbardziej jarało mnie wtedy, że można było wpisać słowo MANGA i wyskakiwały japońskie obrazki. Dziś, kiedy jednym kliknięciem można oglądać seriale siedząc w kiblu to się może wydawać śmieszne, ale wtedy Internet był naprawdę czymś niesamowitym dla kogoś, kto miał niszowe hobby. Jeśli ktoś się wtedy, jak ja, interesował japońską popkulturą, to w analogowym świecie mógł sobie poczytać, co tam na VHS-ie przywiózł sobie z wycieczki Mr. Root z „Secret Service” i obejrzeć „Yattamana” z włoskim dubbingiem w „Polonii 1”. Dziś są półki zawalone tomikami komiksów, ale wtedy każdy głupi obrazek był na wagę złota. Różne magazyny z dołączanymi CD nawet to monetyzowały, wrzucając na płyty obrazki pościągane z sieci. Dzikie czasy.

yattaman_by_louten

Jednak to, co było najważniejsze, to że internet zbliżał ludzi o takich dziwacznych hobby. W realu znałem dosłownie dwóch fanów z mojego miasta. Kluby korespondencyjne (takie z papierowymi listami) okazały się bardzo alienujące – a tu nagle IRC, Usenet, cały świat pełen freaków.

Gdzieś w głowach weteranów sieci mruga blednąc światłem przepalającego się neonu takie hasło „Usenet pamięta”. Co ty pamiętasz z dyskusji na grupach usenetowych?

W złe dni pamiętam flejmy na tysiące postów, które do niczego nie prowadziły. Był moment, że byłem od Usenetu zwyczajnie uzależniony i niezbyt to mile wspominam, #niepłakałempousenecie. Z drugiej strony poznałem sporo fajnych ludzi, z którymi świetnie się dyskutowało. To samo mogę powiedzieć o blogosferze czy nawet Facebooku. Zmieniają się technologie, ale nadal ludzie są najważniejsi. Usenet dawał za to poczucie elitarności, jak się dyskutowało o filmach, to nie z jakimiś miśkami z filmwebu, tylko z krytykami i dziennikarzami.

Pamiętasz jeszcze moment, w którym pomyślałeś, że założysz sobie bloga? Czego właściwie wtedy chciałeś tak naprawdę? Bardziej “mieć bloga”, zostawiać ślad przemyśleń na dłużej, wchodzić w interakcję z ludźmi? Wyobrażałeś sobie wtedy, że blogerem można być z zawodu?

Długo byłem bardzo sceptycznie nastawiony do blogowania, co mi zostało z czasów, kiedy blogaski to były takie internetowe pamiętniczki. Od 1999 pisałem do papierowych magazynów, za pieniądze, a do pisania głupotek za darmo miałem Usenet. Ale coś mnie ciągnęło, przez chwilę miałem jakiś heheszkowy blogasek dekonstruujący ideę blogasków, a potem szukałem jakichś pomysłów na ciekawego bloga, mrw.blox.pl założyłem chyba rok przed tym, jak zrobiłem na nim pierwszą notkę. Blogować w końcu zacząłem z kilku powodów – bo był taki klimat polityczny (IV RP była złotym wiekiem polskiej blogosfery), znajomi pozakładali blogi, Usenet umierał i nie był gotowy na nowe czasy komunikacji multimedialnej, wreszcie też pomyślałem, że takie pisanie może mi pomóc terapeutycznie. Wychodziłem właśnie z poważnej choroby łykając piguły wprawiające w stany depresyjne. Faktycznie, pomogło.

W życiu nie wyobrażałem sobie, żeby być zawodowym blogerem; jest to dla mnie zaprzeczenie idei blogowania. Zawsze czułem się „publicystą, który ma bloga”; zawodowe blogerstwo zwykle prowadzi do wynaturzeń. Zamiast ciekawych, czy po prostu osobistych treści wrzuca się rzeczy pod sponsorów albo ludożerkę – coś, co mnie nigdy jako blogera nie interesowało. Z reklamek na blogu kupiłem sobie kilka gier na Playstation 2, trudno to nazwać sukcesem komercyjnym. Dużo ważniejsze było to, że dzięki blogowi wypromowałem siebie samego.

Podobno jesteś tą osobą, która miała już blognotkę o wszystkim. Są jakieś zaklęte rewiry tematyczne, do których się nigdy nie zapuszczasz? A może są dziś takie tematy na które nie masz siły pisać, bo ile można?

Zapuściłem bloga, niestety, przede wszystkim przez prozę. Z czegoś musiałem wygospodarować sobie czas na pisanie i blog było najłatwiej poświęcić. To było zresztą po tym jak zrobiłem projekt „100 Dni Blogera”, w którym przerobiłem taki śmieszny amerykański podręcznik ze stoma pomysłami na bloga, więc właściwie doszedłem do ściany. Do tego jeszcze doszedł Facebook, który zabił blogosferę przejmując ruch z komentarzy. Łatwiej skomciać linka do notki na fejsie niż logować się do serwisu Agory.

Natomiast kiedy jeszcze blogowałem, starałem się unikać wchodzenia w cudzą intymność czy żerowania na bliskich, czyli żadnych scenek rodzinnych, dialogów małżeńskich itp. Nie chce mi się natomiast blogować o popkulturze, co w zasadzie było moim głównym blogowym zajęciem. Raz, że zamiast notki wolę napisać dłuższy tekst za pieniądze; dwa, że w obecnej kulturze hejtu rozmowy o popkulturze przestały mi sprawiać przyjemność; mało kto ma coś ciekawego do powiedzenia, za to każdy ma opinię. A co mnie obchodzi, czy się komuś podobało czy nie, przecież to jest zupełnie nieinteresujące!

Myślałeś kiedyś o tym, że Michał Radomił Wiśniewski to taka marka osobista?

Tak, z pewnością. Mam wątpliwości co do wartości tej marki. W różnych zakątkach internetu ludzie różnie reagują na hasło „mrw”. No cóż, blogowałem z taką naiwnością oldskulową, żeby być po prostu sobą. Oczywiście były elementy kreacji i „zarządzania prawdą”, nie o wszystkim pisałem i odpowiednio rozkładałem akcenty, ale nigdy nie napisałem niczego wbrew sobie. Udało się dość przebić przez szum i poznać właściwych ludzi, więc chyba nie podjąłem złej decyzji.

mrw

Takich marek w dzisiejszych czasach jest coraz więcej. Ludzie coraz częściej pracują przede wszystkim na swoją pozycję, chcę to trochę zderzyć z tą papką jaką staje się pragnące zwykłego życia pokolenie Biurowej Klasy Średniej.

Jak śpiewa Britney, którą zresztą cytuję w „God Hates Poland”, ludzie dzielą się na tych, którzy zabawiają, i tych co są zabawiani. „Web 2.0”, czyli internet oparty na treściach dostarczanych przez użytkowników, okazał się szansą dla tych kreatywnych, obniżył barierę wejścia. Dziś sobie każdy może przebrać pająka za psa i wrzucić na Youtube. Ale nie obejdzie się bez tych milionów, które nabiją mu kliki zabijając biurową nudę i wypełniając pustkę egzystencji.

Czytając twoje książki mam czasem wrażenie, że traktujesz BKŚ jak etnograf opisujący nowe plemię – jednocześnie zafascynowany i zniesmaczony. Jak to właściwie jest z twoim podejściem do tych ludzi?

Jestem nimi zafascynowany i zniesmaczony. Odgrzebałem niedawno stare notki o Biurowej Klasie Średniej i przypomniałem sobie, dlaczego postanowiłem wprowadzić to pojęcie do obiegu. Skrajna prawica (PiS i okolice) nazywała wtedy wyborców PO (czyli prawicy mniej skrajnej i nieco bardziej estetycznej) lemingami. I ten mem leminga strasznie mnie drażnił, bo oni patrząc z tamtej prawej strony wszystko mieszali. Im się wydawało, że ci wszyscy „młodzi wykształceni z wielkich miast” to są takie lewicowe, postępowe, nic tylko aborcje i adopcje dla gejów by robili. No zwyczajnie im się osoby o poglądach lewicowych zlały w jedno ze średnioklasowym elektoratem PO, który w ogóle lewicowy nie był, co znałem z codziennego z nim obcowania. I te same osoby, który przesyłały sobie memy z Kaczyńskimi, nie stroniły od homofobii, rasizmu, o ordynarnym klasizmie spod znaku „jebać biedę” nie wspomnę. Postanowiłem obserwować i opisywać, żeby dać świadectwo, jakie spustoszenie uczyniły u nas lata efektywnie wdrażanego thatcheryzmu.


god-hates-poland-michal-wisniewski

Interesowały cię kiedykolwiek “plemiona cyfrowe”- grupy ludzi funkcjonujących w internecie, które wykształciły sobie specyficzny kod porozumiewania, własną etykietę i bohaterów?

Pewnie, jak wspomniałem, bandy freaków to jedna z najlepszych rzeczy w necie. Uwielbiam; naraz się okazuje, że nie ma takiej dewiacji, wokół której nie można by założyć kółka zainteresowania. W „Jetlagu” sięgnąłem po subkulturę furrysów, która bez sieci by nie była tym czym jest dzisiaj.
Blogosfera sprzyjała tworzeniu baniek społecznościowych, takich układów wzajemnie linkujących się blogów, to powstawało albo naturalnie (mój blog należał do takiego układu), albo sztucznie, kiedy pojawiły się pomysły na monetyzowanie tego kontentu, takie jak salon24 albo natemat.

Powiedziałeś kiedyś, że nerdostwo staniało, nerd jako taki trochę antybohater – przeintelektualizowana łajza symbolizowana przez brzydką dziewczynę z książką, wycofanego chłopca w swetrze – odszedł w cień super-nerda, którym chce być niemal każdy

Dziś prawdziwych nerdów już nie ma, sialala. No cóż, dla mnie bycie nerdem, jak jeszcze nie było tego słowa, to było jaranie się „Sondą”, „Kwantem” i programowanie gierek na ośmiobitowcu i czytanie fantastyki o tym, że kiedyś będą roboty i loty na Marsa. Ogólnie – ciekawość świata. I dziś nagle czytam na blogu „Polityki”, że nerd to ktoś, kto lubi odmóżdżające filmy o robotach i superherosach. Jakaś przedziwna antyintelektualność; nerdy zostały zaakceptowane przez mainstream na warunkach mainstreamu, ok, możemy wszyscy oglądać jak transformery się transformują, tylko nie rozmawiajmy potem o robotyce.

Bóg jest memem, ale właściwie patrząc na kulturę obrazkową, ikonografię chrześcijańską – od dawna nim był, czy nie zgodzisz się z tym?

Bóg jest memem, a mem jest bogiem. W ewolucji chodzi o przetrwanie najlepiej przystosowanych, w ewolucji kultury także. Owszem, memy zawsze dążyły do najprostszych postaci, bo dzięki temu mogły się lepiej propagować. Mało kto będzie czytał np. długie i nudne artykuły o podatkach, durnowaty demotywator o tym że politycy kradną dużo łatwiej znajdzie sobie publiczność.

Ikona o tym, że Chrystus Królem, albo święty obrazek o tym, że warto dać się przebić włócznią za wiarę jest lepsza niż Pismo Święte, które właściwie od zawsze było dla większości „tl;dr”, prawda?

Ten mem „too long didn’t read” jest bardzo ciekawy. Używa się go, żeby narzekać na upadek czytelnictwa i obyczajów; tymczasem pierwotnie był odpowiedzią na mętne teksty pełne lania wody. Sam nie lubię takich tekstów, jak widzę blogonoty, w których nie ma dwóch inteligentnych myśli, to budzi się we mnie redaktor-sekator, który by to wszystko ściął do dwóch szpalt. No więc, jakby to powiedzieć, żeby nikogo nie obrazić; jakbym zakładał religię, to bym zrobił takie święte teksty, które wymagałyby wykwalifikowanej kadry tłumaczącej maluczkim o co w nich chodzi, najlepiej przy pomocy memów i demotów. Ciekawe, że nie ma żadnej religii, której przekaz sprowadzałby się do prostego „bądźcie dla siebie wspaniali i bawcie się dobrze, kolesie”, nie, to zawsze jest opasłe tomiszcze albo dziesięć metrów bieżących zwojów zapisanych maczkiem.

Myślisz, że współczesny hejt to próba histerycznego zapełnienia luki po konstruktywnej krytyce, która była jednak dość niszowym i elitarnym działaniem umysłowym? Gdyby hejt nie istniał, to trzeba by było go wymyślić?

Nie ma jednego hejtu. Są hejty, których w ogóle nie mogę zrozumieć, np. dlaczego dorośli ludzie mają jakieś — i to negatywne – uczucia względem piosenkarza słuchanego przez nastolatki. Może w każdym sezonie musi być jakiś Justin Bieber, którego będzie się hejtować, bo kogoś trzeba hejtować. I pozwoli poczuć się lepiej niż jakieś głupie nastolatki słuchające gówna, nie?

Ciekawił mnie zawsze hejt w takich grupach jak fani fantastyki, którzy czuli się bardzo lekceważeni i pomijani przez mainstream. Spędzali więc dużo czasu na hejtowaniu normalsów, pisali – i to poważni pisarze s-f – smętne felietony o tym, jak to nas lekceważą, a sami to oglądają telenowele. Albo podawali hejt dalej, pisząc jakieś obrzydliwości o fanach anime. Getto w getcie.

Dziś mnie drażni hejt w recenzjach. Rozmowę o filmach czy książkach zastąpiły prostackie, spolaryzowane uczucia. Z jednej strony kultura lajku, z drugiej – hejtu. Nie mam na myśli negatywnych recenzji pisanych z pozycji krytycznej analizy, tylko takie, gdzie na pierwszy plan wychodzi ego recenzenta.

A może hejt nie jest niczym nowym, tylko zmieniły się narzędzia, zamiast pisać w bramie “Agnieszka to głupia kurwa” robimy to w internecie?

Z pewnością doszło do demokratyzacji hejtu. Napisem na murze można było obrazić sąsiadkę, dziś mamy niemal nieograniczone możliwości, żeby obrazić cały świat.

Piękny obraz demokratyzacji nam tu Pan nakreślił…

Może użyłem złego terminu, może właściwszy byłby „otwarty dostęp”. Cyberoptymiści sprzedawali taką bajkę, że internet nas wyzwoli, że technologia uczyni równym, a jedyne, co naprawdę wyszło to sposoby na zabijanie nudy i ekspresję nienawiści.

Masz okazję odwiedzać różne miejsca w internecie, wszyscy dobrze wiemy, że czytanie komentarzy daje raka, ale podejrzewam, że zdarza ci się czytać zarówno komentarze w tzw “polskich internetach” jak i na zagranicznych stronach, zauważasz, że Polacy są narodem wybranym i mają szczególne predyspozycje do hejtu, a może znów nie różnimy się szczególnie od innych nacji?


Hejt jest wszędzie taki sam, czasem ma tylko różne smaki, jak kitkat z zielonej herbaty wypuszczany na japoński rynek. Różne są przyczyny, tzn. zwykle jest to frustracja, ale żeby ją zdemontować trzeba już szukać szczegółowych rozwiązań. Polski hejt jest taki jak cała Polska, zacofany względem Europy; w mainstreamie obecne są rzeczy, które w tzw. cywilizacji są obciachowe.

Nie bawią cię wszystkie te akcje społeczne “hejt – stop”?

Strasznie bawią. Z akcjami społecznymi jest taki problem, że trzeba wziąć sobie jakiegoś znanego, jak to się mówi w branży, mordasa. I potem jest tak, że się kręci wzruszające spoty z owym celebrytą, a kilka tygodni później ów celebryta w mainstreamowej telewizji robi sobie transfobiczne żarty. Chcesz zatrzymać hejt, zacznij od człowieka w lustrze, jak śpiewał śp. Michael Jackson.

Pamiętam, gdy wkroczyłam w świat autorów z uprawnieniami admina w pewnym dużym, szczególnie lubianym przez „komentatorów” wydawnictwie. Pierwsze przykazanie naszego fight clubu brzmiało „nie karmić trolli”, drugie „kasować komentarze ad personam, wyrzynać do gołej ziemi i wychodzić milcząc”. Trzeba było być cichym i skutecznym. Myślisz, że da się walczyć z hejtem w jakikolwiek inny sposób?

Admini walczą na pierwszej linii frontu, jak chirurg wycinający narośl. Ale co zrobić, żeby narośl w ogóle nie powstała? Jakie są silne leki na strach, nienawiść i frustrację? Obserwowałem trochę różne fora obrazkowe, klony 4chana uważanego za ściek internetu. Wielu użytkowników tych serwisów ma niskie poczucie własnej wartości, bo system w którym zostali wychowani premiuje zwycięzców. A jak do podziału są trzy ciastka, to starczy dla trzech, nie dla pięćdziesięciu. I cóż ma uczynić tych 47 roninów, którzy się na ciastka nie załapali? Także zacząłbym od poprawy systemu redystrybucji ciastek, że się tak metaforycznie wyrażę.

Wiele zjawisk , o których pisałeś w książkach lub na blogu w pewnym momencie ze zjawisk niszowych przebiło się do masowego odbiorcy, choćby wspomniani furrysi, czy ukryte w ścianach pendrive`y. O czym ty napisałbyś w 2016 roku? Wiesz, podpytuję, bo dla tych, którzy nie śledzą tych wszystkich nisz i anomalii możesz być kimś w rodzaju wieszcza:)

Tak, wiele osób sądziło, że sobie wymyśliłem furrysów. Leimotivem drugiej powieści były kamery, te przez które nas podglądają i te przez które my podglądamy. Bóg, który przestał się „udzielać aktywnie” i tylko patrzy, kiedy nikt inny nie patrzy. Staram się tak dobierać opisywane trendy czy dziwaczne nisze, żeby były w miarę na fali, kiedy wyjdzie książka. Muszę być zawsze kilka kroków przed realem. Teraz piszę trzecią książkę i, cóż, nie będę spoilerował, ale znalazłem parę ciekawych rzeczy.

– rozmawiała Dominika Węcławek

[podobne_wywiad]