Podziel się, , Google Plus, Pinterest,

Drukuj

Opublikowano w:

Astronauta podbija internet, czyli jak promować naukę z głową

Jest niedofinansowana, prowadzona bez planu i często oderwana od społecznych realiów. Choć wiele się zmieniło, promocja nauki w Polsce wciąż kuleje, czego nie można powiedzieć o Kanadzie, z której pochodzi Chris Hadfield, czyli najpopularniejszy i na dodatek śpiewający astronauta XXI wieku.

Marketing po macoszemu

Faktyczny stan promocji nauki w Polsce trudno jednoznacznie zdiagnozować, ponieważ brakuje badań na ten temat. Ostatnie, wykonane na zlecenie Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego i opisane w publikacji „Promocja w nauce. Poradnik dobrych praktyk” (do przeczytania tu) pochodzi z 2007 roku i nie dostarcza powodów do optymizmu. Z badań wynika, że działania promocyjne podejmowane przez polskie instytucje naukowe odbywają się na pół gwizdka i bez spójnej strategii.

W instytucjach, które wzięto pod lupę, brakuje nie tylko pieniędzy na promocję (większość ankietowany zadeklarowała, że przeznacza na ten cel mniej niż 1% budżetu), ale również ludzi, którzy mogliby się nią zająć – własnego rzecznika prasowego miała wówczas zaledwie 1/4 z nich. Prawie połowa osób odpowiedzialnych za promocję i kontakty z mediami na co dzień prowadzi działalność naukową, więc zwykle nie są one specjalistami od marketingu i nie mają czasu ba dodatkowe obowiązki.

Wiele do życzenia pozostawiają również strony internetowe instytucji naukowych. Każdy, kto kiedykolwiek je przeglądał wie, że, mówiąc delikatnie, ich wygląd i funkcjonalność pozostawiają wiele do życzenia. W świetle wyników badania trudno stwierdzić, czemu tak naprawdę ma służyć ich prowadzenie, ponieważ zaledwie 30% instytucji zadeklarowało, że publikuje w sieci pełen dorobek naukowy, przy czym ściągniecie ze strony jakichkolwiek materiałów zwykle nie jest możliwe.

Centrum Nauki Kopernik Kuba Bożanowski Foter.com CC-BY

Kontakty z mediami również są pięta achillesową świata naukowego. Z badania wynika, że badacze nie mają zwyczaju dzielenia się swoimi osiągnięciami – tylko 1/4 instytucji ma swojego rzecznika prasowego, a zaledwie 20% praktykuje wysyłanie dziennikarzom informacji prasowych. W opinii naukowców rolę informacyjną mają spełniać przede wszystkim konferencje i sympozja, na które dziennikarze są zapraszani. W rezultacie wielu z nich dowiaduje się o tematach wartych uwagi pocztą pantoflową, od kolegów lub innych badaczy zupełnie niezwiązanych z daną dziedziną. Ankietowani dziennikarze zwracali również uwagę na fakt, że wielu naukowców, mówiąc kolokwialnie, „nie czuje newsa” i nawet informując o własnych dokonaniach nie potrafi umieścić ich w kontekście, który mógłby zainteresować laika.

W tej sytuacji ciężar popularyzacji nauki spada na barki dociekliwych dziennikarzy oraz naukowców, którzy są skłonni angażować się w tę działalność w czasie wolnym i ze świadomością, że nie jest ona traktowana jako wzbogacanie dorobku naukowego. W rezultacie zdecydowana większość badaczy idzie na skróty i jako popularyzację traktuje przedstawianie swoich osiągnięć kolegom po fachu – zgodnie z badaniem aż 70% ankietowanych przyznało, że działania informacyjne kieruje przede wszystkim do innych naukowców.

Wnioski z raportu nie nastrajają optymistycznie, ale dziś sytuacja wydaje się zmierzać w dobrym kierunku. Karol Wójcicki, popularyzator Nauki pracujący w Centrum Nauki Kopernik przekonuje, że z promocją i popularyzacją nauki Polacy radzą sobie coraz lepiej. – Idzie nam nieźle, o czym świadczy chociażby popularność Centrum Nauki Kopernik, które jednak, co warto zaznaczyć, nie było pierwszą tego typu inicjatywą w Polsce. Nauka promowana w sposób lekki i przystępny może pod płaszczykiem zabawy czy żartu przemycić bardzo ważną wiedzę i przełamać strach przed tym, czego nie znamy i nie rozumiemy – mówi Wójcicki.

Karol Wojcicki podczas lekcji w Centrum Nauki Kopernik fot. Karol Wójcicki podczas lekcji w Centrum Nauki Kopernik

Nasz rozmówca podkreśla również rolę mediów w procesie popularyzacji nauki, choć przyznaje, że relacje dziennikarzy z naukowcami bywają skomplikowane. – Problemy w komunikacji na linii dziennikarze-naukowcy rzeczywiście występują, ale przyczyn dopatrywałbym się nie tyle w niechęci, co w różnicy podejść i charakterów. – mówi Wójcicki. – Naukowiec pytany o swoje odkrycie będzie chciał opowiedzieć o nim możliwe jak najwięcej i jak najbardziej szczegółowo, ale dziennikarz zwykle może wyciągnąć z tego wywodu zaledwie cząstkę, która ma szansę autentycznie zainteresować czytelnika będącego laikiem – tłumaczy.

Kosmiczna popularność astronauty

Kluczem do skutecznej popularyzacji nauki jest więc pokazywanie jej w kontekście bliskim człowiekowi, ale by to zrobić, trzeba zejść z piedestału wiedzy, kompetencji i naukowych tytułów. Właśnie taką strategię, świadomie lub nie, zastosował kanadyjski astronauta Chris Hadfield, który stał się wzorcowym popularyzatorem nauki i przy okazji jednym z najsłynniejszych bohaterów internetu. 53-letni badacz kosmosu przez 5 miesięcy swojego pobytu na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej tworzył filmy dokumentujące jego codzienne życie. Dzięki nim dowiedzieliśmy się między innymi jak obcinać paznokcie, robić kanapki czy golić się w stanie nieważkości oraz jak w takich warunkach wyglądają łzy, sen czy ćwiczenia.

Chris Hadfield_AdMonkey

Chris Hadfield wykonał kawał dobrej roboty nie tylko dla promocji astronomii, ale nauki w ogóle. Jego filmy, które w prosty sposób tłumaczyły naukowe zależności naprawdę chwytały za serce i dziś chyba trudno byłoby znaleźć człowieka, który nie wie, kim on jest. – mówi Wójcicki, który w CNK zajmuje się właśnie popularyzacją astronomii. – Martwi mnie jedynie, że Hadfield był jak dotąd jedyna gwiazdą NASA na taka skalę, choć promowanie badań kosmicznych należy do obowiązków wszystkich astronautów. Hadfield jednak nie robił tego z obowiązku, ale z chęci i poza godzinami pracy.

[youtuber youtube=’http://www.youtube.com/watch?v=KaOC9danxNo’]

Kosmiczne zdjęcia i filmiki po nakręceniu trafiały do synów astronauty, którzy po obróbce i montażu wrzucali je do kanałów społecznościowych – Facebooka, Twittera, Google+ oraz Youtube. Hadfield nie mógłby robić tego samodzielnie, ponieważ stacja kosmiczna ma dostęp do internetu tylko przez kilka godzin dziennie. Krótkie filmy, które w żartobliwy i przystępny sposób pokazywały realia życia w kosmosie zapewniły kanadyjskiemu astronaucie ogromną popularność. W czasie trwania misji jego konto na Twitterze śledziło blisko 800 tysięcy osób, profil na Facebooku – prawie ćwierć miliona, a na Google + miał ponad 280 tysięcy fanów. Ostatnim filmem nakręconym przez Hadfielda był teledysk do piosenki Davida Bowie „Space Oddity”, który po zmianie kilku wersów okazał się idealnym podsumowaniem jego kosmicznej przygody. Film opublikowany na Youtube zanotował już 16 milionów wyświetleń.

Kanał Chrisa Hadfielda na YT

„Medialny” pobyt Hadfielda na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej okazał się zwieńczeniem jego kariery. Pięciomiesięczna misja zakończyła się w maju 2013 roku, a kilka dni temu astronauta oznajmił, że przechodzi na emeryturę i na początek ma zamiar zająć się popularyzacją badań kosmicznych – nie da się ukryć, że w tym temacie jest ekspertem.

Jak duże jest serce wieloryba?

Chris Hadfield zapewnił nauce promocję na międzynarodową skalę, ale to nie jedyny przejaw kanadyjskiej kreatywności w tej dziedzinie. Świetnym przykładem jest również kampania promocyjna centrum naukowego Science World w Vancouver, skupiona na pokazywaniu naukowych ciekawostek związanych z życiem codziennym. Do tego celu wykorzystano standardowe bilbordy i citylighty oraz środki ambientowe.

Science World Vancouver2_AdMonkey

Science World Vancouver_AdMonkey

więcej: http://twistedsifter.com/2012/10/billboards-with-quirky-science-facts-science-world/

Na balonikach znalazła się informacja o ilości gazów, które każdego dnia wydobywają się z ciała człowieka, a ludzik zrobiony z ołówków pokazywał, jak dużo węgla znajduje się w naszym ciele. Do wind w wieżowcach wstawiono wagi z napisem „Gdy jedziesz w dół, ważysz mniej”, a na dachach samochodów tabliczki informujące, że „Serce wieloryba ma wielkość tego auta”. Wszystkie reklamy zachęcały do odwiedzenia centrum Science World, gdzie goście znajdą wyjaśnienia wielu innych, naukowych zagadek natury i codzienności.

Jak pokazują opisane przykłady, promocja nauki nie wymaga wielkich planów i rozbudowanych strategii, choć wysłanie człowieka w kosmos raczej nie zmieści się w żadnym marketingowym budżecie. Prosty przekaz, przyjazna forma i treści, które mogą zaciekawić nawet największego laika – właśnie tego potrzebuje marketing polskiej nauki.