Podziel się, , Google Plus, Pinterest,

Drukuj

Opublikowano w:

Nazwa nie czyni inwestycji

Rynek nieruchomości od kilkunastu już lat przeżywa prawdziwy boom. Popyt na nowe mieszkania jest ogromny: programy rządowe, dofinansowania, niezliczone możliwości otrzymania kredytu i wykreowany przez media świat – stać cię na więcej, możesz sobie pozwolić, kup, wyposaż, mieszkaj wygodnie, a spłacisz później.

Podobnie jak i w innych branżach, tak samo wśród deweloperów panują rozmaite mody. Niektóre z nich godne są pochwały, jak np. użycie lepszych jakościowo materiałów, zapewnienie większej niż wymagana liczby miejsc parkingowych, możliwość samodzielnej aranżacji powierzchni w lokalach. Są też i tendencje niechlubne służące tylko i wyłącznie wywindowaniu cen. Najprościej podziałać nazwą: od jakiegoś czasu prawie każda inwestycja realizowana w dużych miastach zawiera jedno z kilku słów przyciągających uwagę potencjalnego klienta lub sztucznie podnoszących prestiż osiedla.


Krzysztof Koczorowski
Krzysztof Koczorowki – od ponad dziesięciu lat zajmuje się projektowaniem marki. Na swoim koncie ma ponad 140 realizacji z zakresu namingu oraz kilkadziesiąt wdrożonych strategii komunikacyjnych. Współpracował zarówno z sieciowymi agencjami reklamowymi, firmami konsultingowymi, jak i niewielkimi rodzinnymi przedsiębiorstwami. Od 2010 roku prowadzi Studio Brandingowe KARAT-e.

„Park”

Najbardziej popularne słowo występujące w nazwach kompleksów mieszkaniowych. Zieleń, ogród, park, skwer. Wracamy do domu z korporacji, w której spędzamy kilkanaście godzin dziennie i odpoczywamy otuleni drzewami oraz roślinnością. Wszystko jest tu proste: pranie robi się samo, sprzątać nie trzeba, a o obowiązkach codziennych pomyślimy za tydzień. Kto zabroni nam pomarzyć?

czytaj:   Trzy twarze Portera Bałtyckiego

„Przy Parku, Obok Parku, Na Skraju…”

Wszystko, co ma potencjalnemu klientowi pokazać, że zaraz po wyjściu z mieszkania wchodzi na polanę, z okien widzi łąkę, a do lasu spacerem dojdzie w 2 minuty. Tymczasem w przypadku niektórych tak nazwanych osiedli nawet w promieniu kilometra nie ma żadnych miejsc pozwalających na chwilę relaksu. Często zamiast skweru otacza nas morze beton.

„Zakątek”

Cisza i spokój. Inwestycja otoczona zielenią, położona nad rzeką lub jeziorem, z dala od głównych dróg i torów kolejowych. Miejsce do spokojnego, błogiego życia. Do momentu, aż w rok po wybudowaniu bloków pojawia się ekipa, która 300 metrów dalej stawia kolejne „oazy” lub centrum handlowe. Czasem też zakątek jest tak podmiejski, że codzienne stanie w kilkugodzinnych korkach na trasie dom-praca, skutecznie uprzykrza nam życie.

„Ogrody/Garden”

Skąpane w zieleni, a do każdego mieszkania na parterze przynależy ogródek o powierzchni 15m2, na który każdy z sąsiadów może zajrzeć. Palący lokatorzy z drugiego piętra chętnie wszystkie niedopałki wrzucają do nas, a przez pobliskie zabudowania w jesienne i zimowe dni do mieszkania niemalże nie dociera światło dzienne Niestety, najczęściej otoczenie niewiele ma wspólnego z lasem tropikalnym czy chociażby ogródkiem. Żyć nie umierać.

czytaj:   Rak na wkurwie

„Tarasy”

Ogromne mieszkania, przepastne balkony, wyłożone drewnem loggie. Nic bardziej mylnego – kilkanaście pięter, kilkaset mieszkań z dwu-, trzymetrowymi balkonami, a wszystko to w samym centrum miasta. Tarasy to przecież widok, a ten jest – przecież z 15 kondygnacji widzimy całe miasto. Zazwyczaj też słyszymy, no ale obiecany taras jest.

„Wille”

Dochodzimy do prestiżowych inwestycji, a właściwie do takich, które brzmią wyjątkowo. Wille kojarzą się z czymś luksusowym, kameralnym i solidnym – cegła, materiały najwyższej jakości, a na niektórych tak nazwanych osiedlach próżno szukać chociażby podwyższonego standardu. Taki był zamysł willi miejskich, które powstawały kilkadziesiąt la temu – wyższa jakość, kilku sąsiadów, lokalizacja przy bocznych, spokojnych uliczkach. Dziś jest już zgoła inaczej.

„Apartamenty”

Któż nie chciałby mieszkać w apartamencie? Przez lata zwykło się nazywać w ten sposób mieszkania o powierzchni co najmniej 100 m2 (albo i 105 m2). Tymczasem dziś spotkać się można z ofertą sprzedaży 40-metrowego „apartamentu”. Deprecjacja totalna samego terminu, jak i tego, co się kiedyś za nim kryło.

„Residence”

Dwa mieszkania na piętrze, brak sąsiadów zaglądających w okna, cisza, spokój i prestiż. Rezydencja, w której upchnięto cztery budynki, a w każdym sześćdziesiąt lokali? Widok na budynki z wielkiej płyty albo magazyny? No cóż, zdarza się i to często.

czytaj:   Uczta dla oka: polscy twórcy okładek muzycznych

Inwestycja, którą nazwano w taki a nie inny sposób, powinna ten główny przekaz spełniać. Skoro określamy ją jako zieloną i bliską naturze, inwestor powinien czuć się zobligowany do wyboru odpowiedniej lokalizacji – przy lesie, parku, ewentualnie stworzyć zupełnie nową oazę – obsadzić części wspólne sporą ilością drzew, krzewów czy kwiatów. Smutno później wyglądają opinie wrzucane na fora internetowe przez społeczność osiedlową czy też niedoszłych mieszkańców, że na wizualizacji widzieli park, a w rzeczywistości z okien oglądają linie wysokiego napięcia i podtrzymujące je słupy. Sprzedaż mieszkań na dobrze nazwanym osiedlu (zaprojektowanie nazwy pochłania tak naprawdę promil kosztów przeznaczonych na inwestycję, a zwróci się już po sprzedaży jednego lokalu), jest o wiele łatwiejsza. Przyjeżdża klient i to, co widział w folderze czy na stronie internetowej, widzi na własne oczy. Nie ma niespodzianek, wszystko się zgadza, dochodzi do podpisania umowy.

Jest tak wiele skojarzeń, możliwych do wykorzystania określeń, że naprawdę nie musi powstawać kolejny Park, Rezydencja czy Willa. Inwestor powinien wyróżniać się nie tylko wysoką jakością i doświadczeniem, ale również kreatywnością. Możliwości są nieograniczone.